sobota, 21 lutego 2015

Rozdział jedenasty.

 - Harry! - usłyszałem krzyk mojego wspólokatora. Westchnąłem rozbawiony i zrobiłem kilka kroków do łazienki, wsuwając na siebie koszulkę. Pchnąłem uchylone dzwi łazienki, po chwili wkraczając do środka. Dmuchnęła we mnie para wodna, wydobywająca się z gorącej wody, jaką litrami leje Louis pod prysznicem. Wolnym krokiem podszedłem do kabiny prysznicowej, otwierając szklane drzwi. Nagie ciało chłopaka skusiło mnie, aczkolwiek spojrzałem na jego twarz. - Mój płyn do kąpieli się skończył. - przekrzywił głowę w bok, kładąc dłonie na biodrach jak małe dziecko, którym jest.

- To użyj mój. - wskazałem na ciemną tubkę. Zerknął na nią, po czym pokręcił przecząco głową.

- Twój pachnie typowym, męskim zapachem a mój śliczną wonią i go chcę. - naburmuszył się moją złą propozycją.

- Wyczarować ci go? - powiedziałem z ironią. Rzucił mi spojrzenie wiecznego potępienia. - Użyj mojego a jutro ci kupię nawet dwa, okay?

- Jasne. - odburknął odwracając się do mnie. Spojrzałem na jego pośladki. Muszę wyjść z łazienki. Teraz.

 *:・✧*:・✧

- Tak podałem ci dobry adres! - krzyknął na mnie chłopak, mając nos w telefonie. Przewijał wiadomości tekstowe, jakie wymienił z Julie. Nie mógł znaleźć tej z nowym adresem, przez co zabłądziłem na jakiejś chujowej dzielnicy. Wziąłem głęboki oddech, próbując nie wybuchnąć. Zacisnąłem lekko dłoń na kierownicy i policzyłem do dziesięciu. Skręciłem na podjazd jakiegoś domu i stanąłem.

- Kochanie daj mi ten telefon. - powiedziałem spokojnie. Nie miałem w planach go straszyć tym, co teraz działo się w mojej głowie. Oddał mi posłusznie, posłałem mu uśmiech i spostrzegłem zero kresek. Zadzwonię, ale chyba kurwa z buta. Podrapałem się po szyi, sam zaczynając szukać tej cholernej wiadomości.

- Egh, Harry? - spojrzałem na Louisa, który uparcie wpatrywał się w przód. Odwróciłem głowę i zauważyłem kobietę wychodzącą z mieszkania, która zawiązywała swój lśniący szlafrok. Zasłoniła oczy dłonią, bo właśnie jebałem jej po oczach światłami. Wyłączyłem długie reflektory i wyszedłem z auta, by z nią porozmawiać. Rzuciłem spojrzenie Louisowi i w kilku krokach stanąłem przed kobietą. Lekko się cofnęła, nie dziwię jej się.

- Dobry wieczór. Wybaczy mi pani za to świecenie. - oboje lekko się na to uśmiechnęliśmy. - Nie mam zasięgu na telefonie a zabłądziłem w drodze do przyjaciółki...

 *:・✧*:・✧

Wpatrywałem się w Harry'ego ze swojego miejsca. Nadal świecące światła umożliwiały mi obserwowanie jego ruchów i gestów. Kobieta potaknęła głową i ruszyli, kilka sekund później stojąc na chodniku. Wychylałem się ze swojego siedzenia, by nadal ich widzieć. Głos przejęła ona, wymachując dłonią i coś mu pokazując. Pozycja, jaką sobie wybrałem nie była wygodna. Harry złapał moje spojrzenie i puścił mi oczko. Wywróciłem oczami i usiadłem normalnie na siedzeniu, poprawiając pas. Spojrzałem w dół na swoją klatkę piersiową, w dwa palce złapałem srebrny samolocik, unosząc go na wysokość twarzy. Był lekko zarysowany, ale kolor pozostawał ten sam, od kiedy pierwszy raz go zobaczyłem. Po może dwóch minutach, nie wiem, nie liczyłem, drzwi ze strony kierowcy się otworzyły. Puściłem wisiorek, który opadł na moją koszulkę.

        Przywitałem się z większą ilością osób, połowy z nich nawet nie kojarząc. Trzymałem dłoń chłopaka, który czasami witał mnie swoim znajomym. Długo zajęło mi znalezienie Julie, ale wreszcie się do niej dostałem. Przywitałem się z nią przytulasem, tym samym tracąc dotyk Stylesa. Kiedy odwróciłem się, już go tam nie było, a znikał w tłumie ciągnięty przez kogoś. Zmarszczyłem brwi, bo przyjechaliśmy tutaj razem, a ja za chwilę będę siedział sam jak palec. Westchnąłem cicho.

- Nie martw się, przyjdzie na kolanach. - krzyknęła mi do ucha Heart, zagłuszając głośną muzykę w tle. Zaśmiałem się i dałem porwać do tańca.

 *:・✧*:・✧

Rozmawiałem z Zayn'em, pijąc butelkowe piwo. Rozglądałem się po pomieszczeniu, próbując znaleźć Louisa. Zostałem odciągnięty przez Malika, ale nie chciałem tracić chłopaka z oczu.

- Kurwa słuchasz mnie? - odwróciłem wzrok na przyjaciela, który przerwał to co mówił. Słuchałem, jak zawsze, aczkolwiek nie reagowałem. - Harry musisz z nim porozmawiać, pieniądze z tego interesu są wysokie, a dawno nic nie robiliśmy. Jeżeli dalej będziesz olewał układy i tych skurwieli, uwieszą się na tobie. - miał rację. Mogłem wpaść w kłopoty, jeżeli wpadnę w gówno i moje nazwisko osłabnie. - Pomyślą, że teraz masz słaby punkt. A oboje wiemy, że masz. - kiwnął głową w stronę ludzi. Teraz dostrzegłem Louisa, który mienił się od fioletowego światła. Tańczył z Niallem wokół innych. Okręcił się dokoła siebie a szeroki uśmiech rozpromienił jego twarz. Oparłem tył głowy o ścianę wpatrując się w niego.

Jego lekko zarumieniona skóra, błyszcząca od potu. Zaróżowiałe policzki od gorąca jego ciała. Zamglone, lekko załzawione tęczówki, wpatrujące się we mnie. Rozwiane włosy niedbale porozrzucane po poduszce. Małe, delikatnie dłonie zaciskające białe prześcieradło w piąstkach. Rozwarte wargi łapiące oddech. Poruszam się z lekkością, ustami muskam gładką skórę jego szyi. Wdycha, czuję jak jego dłonie spoczywają na moich plecach. Jego owładniające ciepło otaczające się wokół mojego penisa. Przejechałem delikatnie opuszkami palców po jego skórze. Drżał pod moim dotykiem. Kocham go.





ilość słów: 803
Gówno.

niedziela, 1 lutego 2015

Rozdział dziesiąty.

Dzisiejsze słońce zmotywowało mnie, by wywlec się z mieszkania. Nie miałem dużej ochoty widzieć go, po wczorajszych wydarzeniach. Gdy tylko zamykałem za sobą drzwi i spojrzałem w prawo, miałem na widoku pusty już podjazd.

Chłopaki odciągnęli go od zdemolowanej części samochodu. Nie wyrywał się, nie wrzeszczał, nie uciekał. Zrobił kilka kroków do tyłu. To była jego reakcja. Filmowy napad histerii ominął historię szóstki przyjaciół.

Wierzchem krwawiącej dłoni wytarł usta, zabrał swoją koszulę z rąk mężczyzn i odwrócił się. Każdy wstrzymał powietrze, oczekując odejścia bez kolejnej informacji. Ostatecznie jakby nigdy nic usiadł na krawężniku. Położył nogi na asfalcie, mając daleko to, czy będą jechać samochody, czy też nie. Wyglądał, jakby pod niebem pełnym gwiazd siedział sam, jedynie myśląc.

Będzie to wspomnienie nie zaliczające się do przyjemnych wspomnień (jakichkolwiek pozytywnych wspomnień), ale co mamy do gadania na ten temat? Za każdym razem będzie czychać za nami, by postukać od tyłu w ramię i posłać gorzki uśmiech.

*:・✧*:・✧

Żałowałem, że nie zabrałem ze sobą dzisiaj okularów przeciwsłonecznych. Słońce raziło mnie ciągle w oczy, musiałem mieć spuszczoną głowę, by jakoś się orientować w terenie. Było to z lekka drażniące, ale chyba nic mi się nie stanie. Gdy wpadłem na czyjeś ramię, szybko przeprosiłem.

- Oh, cześć Louis! - uniosłem głowę, zrobiłem dłonią daszek i uśmiechnąłem się do Liama.

- Hej. - zachichotałem, wywołując jego uśmiech. Miło.

- Gdzie tak pędzisz? - odwrócił się, po czym ruszył ze mną ramię w ramię. Zagryzłem delikatnie wargę.

- Do... egh, chłopaka?

- Nie wiem czy chcesz mnie spławić tym, czy jesteście w statusie "to skomplikowane".

- Ta, zostańmy na statusie. - mruknąłem, milknąc już. Czy jesteśmy razem? Byliśmy na randkach, pocałowaliśmy się, Harry zawsze mnie do siebie tulił. Chciałbym, by znów mnie przytulił.

Kilkanaście domków później, wreszcie wszedłem na podjazd Harry'ego. Zostawiłem kolegę na chodniku, prosząc o kilka minut. Jakby miał jakiś wybór. Już szedłem w kierunku drzwi, gdy usłyszałem jego śmiech. Odwróciłem się w kierunku garażu. Stał na zewnątrz, tyłem do mnie. Westchnąłem cichutko i niepewnym krokiem zaszedłem go od tyłu. Całe ręce miał zabandażowane, aż po nadgarstki. Jego policzek zdobiły prostokątne plasterki, gojące ranę. Nadal wyglądał pięknie.

- Szybki jesteś. - mruknąłem, patrząc jak dwójka obcych mi mężczyzn wstawia nową szybę. Patrzałem się na nich, kątem oka dostrzegając jego spojrzenie. Uniosłem głowę po chwili ciszy. Nie widziałem jego oczu, uniemożliwiały mi to cholerne okulary przeciwsłoneczne, za które mógłbym oddać teraz buta.

- Czasami trzeba. - wzruszył ramieniem, po chwili znowu patrząc na "robotników". Odwrócił głowę, reakcja jaką dostrzegłem to zaciśnięcie szczęki. Cholera. Lekko syknął, spojrząłem na jego rozluźniającą się rękę. Śnieżnobiały materiał zyskiwał powoli krwistą barwę. Ścisnął mi się żołądek, złapałem szybko ale ostrożnie jego dłoń. Zmrużyłem oczy na te cholerne słońce. Poczułem jak wymskła mi się ona z rąk. Jedna warstwa między nami. Blisko a jednak daleko. Ściągnął oprawki i powoli wsunął na mój nos, pod koniec odgarniając włosy za uszy. Zero warstw. Dotyk. Teraz widziałem jego zieleń, póki nie odszedł.

*:・✧*:・✧

- Caroline, kochanie, jeżeli zaraz nie zejdziesz to kurwicy dostanę! - krzyknąłem słodkim tonem, na jaki było mnie teraz jedynie stać. Wreszcie zlazła na dół, spojrzałem na jej ubiór, oceniając na względny, nie odkryła tyle ciała, bym odesłał ją na górę. Moje to moje. Nie publiczna lalka. - Trudno tak było zejść i mnie nie wkurwiać? - mruknąłem ironicznie. Objąłem ją w pasie i pocałowałem w policzek, przepuszczając w drzwiach. Niall siedział na schodkach, gapiąc się w swój telefon jak jakiś cud. Ostatnio straciłem z nim kontakt. Może po tym jak zaatakowali Louisa w jego domu. Spojrzałem na niego zwyczajnie, trącając go nogą. - Jedziemy - rzuciłem zza ramienia, otwierając dziewczynie drzwi od samochodu.

        - Na prawdę chcesz jakiegoś pchlarza? - mruknąłem zirytowany, stojąc nad blondynką, podziwiającą małe zasrańce. Zamiast wziąć porządnego, cichego kota to ona chce grubego krasnala. Nie dostałem odpowiedzi. Sposób "pierdol się i nie wyrażaj swojego zdania". Sprytnie, kochanie. Odwróciłem głowę, widząc jak blondyn bawi się z najmniejszym psem, jakiego widziałem. Podszedłem do niego, ten zasraniec bynajmniej nie miał zeza a jego metrowy język nie czyścił podłogi. - Słodki - skomentowałem krótko i na temat. Spojrzał na mnie chwilę, potaknął mi i odstawił go do klatki.

- Nie mam czasu na psa. - tak, bo jesteś tak kurwa zajęty.

- Oh, Zayn, ten! - do moich uszu doleciał niechciany, rozradowany głos Caroline. Spojrzałem na czarnego zezozjeba. Niech ten dzień się skończy.

*:・✧*:・✧

Czarne walizki wylądowały pod drzwiami starego mieszkania. Dwójka byłych właścicieli wyszła za próg, już na zawsze żegnając się z tym domem. Poustawiane stosami brązowe kartony znikały w bagażniku czarnego samochodu. Louis obserwował jak jego rzeczy zapełniają przestrzeń bagażnika. Czuł się dziwnie. Niedawno stał na mrozie przed tymi drzwiami. Zmęczony walił w drzwi, za plecami słysząc głosy nowo poznanych przyjaciół. Teraz klucze wręczał szczęśliwej homoseksualnej parze. Wyglądający na nastolatka, blondwłosy chłopak uśmiechnął się szeroko. Odwzajemniłem gest, po odebraniu koperty z moim czekiem zszedłem ze schodków.


"Kompletnie wkurzony całą tą bajeczką waliłem pięściami w drzwi. Świetnie, ja kurwa jestem 3 godziny w innym miejscu niż powinienem a światła w salonie mojej psiapsiółeczki są zapalone. Śmiechy dobiegające z głębi w domu ucichły, gdy zrobiłem niezły hałas. Dwoje nowo poznanych ludzi stali za mną i śmiali się. Wywróciłem oczami wypuszczając powoli powietrze, by uspokoić swoje myśli. Odgarnąłem kilka kosmyków z czoła, które wyleciały z mojej czapki a ja nie miałem ochoty ponownie ich tam umieścić. Drzwi otworzył mi jakiś nieznajomy blondyn, spojrzałem na niego zdenerwowanym wzrokiem."


"  - N-nie. - zaprotestowałem desperacko, dopiero teraz duże dłonie na moich biodrach mi przeszkadzały. Dopiero teraz jego gorący oddech na mojej twarzy zwrócił na mnie uwagę. Jego wargi znajdowały się za blisko moich, jak i reszta ciała. Lekko kładąc ręce na jego umięśnionej klatce piersiowej odepchnąłem go, ale nie na tyle, by się zachwiał czy coś. Nie podnosząc wzroku do góry, potykając się szybko powędrowałem do swojego pokoju. Przestraszyłem się."


"Moja głowa mówiła, że do nich nie pasuje. Jak zawsze, moja krytyka nie może się zamknąć. Nie zepsuło mi to jednak dobrego nastroju, czułem się swobodnie i tak chyba powinno być. Zaśmiałem się z żartu, jaki powiedział Harry. Spojrzał się na mnie z delikatnym uśmiechem, o boże, serce mi skoczyło. Był takim dupkiem ale nie powinienem go oceniać na podstawie jednego wydarzenia. Przecież nikogo nie zabił. Lekki rumieniec, jaki poczułem na swoich policzkach, zmusił mnie do odwrócenia od niego głowy."


"- Za 6 dni, dokładnie 1 lutego, są moje urodziny i postanowiłem cię na nie zaprosić. - trochę się zdziwiłem, że chce mnie zaprosić, gdzie będą sami jego znajomi. Uniosłem jeden kącik ust do góry, kiwając lekko głową na zgodę. Dlaczego miałbym nie iść? Będzie tam Julie i reszta, więc nie będę jednak taki obcy. - To impreza w klubie, sądzę, że niewielka, nie mam ochoty robić z tego najgłośniejszego wydarzenia w roku. - oboje zaśmialiśmy się na jego słowa.

- Nie ma sprawy, z chęcią się zjawię, by fałszować podczas śpiewania "sto lat". - wybuchł szczerym śmiechem, odgarniając z czoła za długie włosy. Mały banan nie schodził mi z warg, a delikatny rumieniec jak zawsze był towarzyszem."


"Przeleciałem wzrokiem po swoim odbiciu w lustrze. Mała nieuwaga, a już niebieskookiego nie było przy mnie. Zmarszczyłem brwi zerkając do najbliższego pomieszczenia, salonu, ale nie było go tam. Chciałem go zawołać, ale ktoś zastukał do drzwi. Pukanie się powtórzyło, tym razem głośniej. Trochę bałem się, ale podszedłem i otworzyłem je powoli. Zanim mogłem zobaczyć kto to był, zostałem pchnięty na plecy. Przerażony krzyknąłem, upadając boleśnie na podłogę.

- Witaj Horan, miło cię widzieć. - obca osoba wysyczała to nade mną. Przestraszony zamknąłem mocno oczy. Nie chciałem wiedzieć co się dzieje. Niekontrolowanie załkałem w dłoń i poczułem łzy w oczach. Serio, teraz będę płakać?

- Odejdź. - tym razem inny głos odezwał się. Uchyliłem lekko powieki, dostrzegając jak mężczyzna odpuszcza dłoń, w której ma broń. Ugryzłem mocno wargę i przeniosłem spojrzenie na drugiego. Przyglądał mi się uważnie, jednak ja nie widziałem za wiele. - To nie on, zwijamy się. - westchnąłem z ulgą, kiedy wyszli. Kiedy odzyskałem jakąś siłę, podniosłem się na nogi. Plecy cholernie mnie bolały, a szczególnie lewa łopatka.

- Kurwa, Louis, przepraszam. - chłopak podbiegł do mnie, biorąc mnie pod ramię. - Przepraszam.

- Kto to był? - zapytałem, ale nie dostałem odpowiedzi."


"Gdyby ktoś powiedziałby mi, że pod koniec lutego (gdzie trwa jeszcze zima), pójdę na randkę, zaśmiałbym się. A teraz? Stoję przed lustrem Julie, poprawiając swoje włosy, a lekkie dygotanie rąk utrudnia mi to zadanie. Mam ochotę zaśmiać się z samego siebie, ale mi to nie wychodzi. Ze zdenerwowania mam zaciśnięte gardło, a struny odmawiają posłuszeństwa. To jakbyś próbował grać na gitarze, ale mimo prób nie wydobywa się żaden dźwięk. Jedynie pusta melodia, uderzanych palców w drewno. Cisza. Zatrzymuję zsuwający się z mojego ramienia karmelowy sweter. Jest gruby, ale za to bardzo milusi. Kazał ubrać mi się ciepło, więc tak zrobiłem."


"Ten chłopak jest dla mnie jedną wielką zagadką."


"- Popatrz na gwiazdy, kruszynko. - Odchyliłem głowę, żeby im się przyjrzeć. Z daleka od świateł miasta gwiazdy były niezwykle dobrze widoczne, jasne i błyszczące. Wyglądały jakby ktoś staranie je polerował i powoli wieszał na ciemnym niebie, specjalnie dla nas. Dla tej chwili. Spojrzałem na jego piękną twarz, wsłuchując się w stukot końskich kopyt i szum sań gładko sunących po skrzypiącym śniegu. Powiewy wilgotnego wiatru mroziły mi twarz. Czułem się ogromnie szczęśliwy i bezpieczny - tu i teraz. Z nim."


"Odwróciłem głowę w stronę chłopaka, który powiódł palcem po moim policzku, wzdłuż kości szczękowej i zakończając na wargach. Delikatnie ujął obiema rękoma moją twarz, pochylając się lekko w moim kierunku. Wiedząc, co za chwilę zrobi moje serce pulchło, a mi zrobiło się bardziej gorąco. Pocałował mnie. "


Westchnąłem cicho i podszedłem do Harry'ego.

- Jedziemy?

- Tak.



ilość słów: 1604
Kurdę, lubię myśleć, że ktoś jeszcze to czyta. Pokażcie, czy mam rację.
Wattpad, zapodajcie gwiazdką - oa na wattpadzie

środa, 21 stycznia 2015

Rozdział dziewiąty.

Mały powrót. Powiedźcie coś bo odejdę.

To na prawdę nie było tak, że Harry nienawidził każdego, kto odezwał się do Louisa. Po prostu nie był zadowolony, kiedy ten opowiadał o swoim nowym koledze, okej? Zwłaszcza, iż ta kurwa ośmiela się przynosić jebany kwiatek do jebanej pracy dla cudownego Louisa. Znają się trzy dni a ten, Liam jak mniemam, przynosi mu zwiędłe chwasty. Z przekąsem słuchał chłopaka o tych nieciekawych opowieściach. Ale to był jego mały kwiatuszek, więc nastawiał ucha. Zayn twierdził, że jest zazdrosnym kutasem, ale kto by przejmował się zdaniem takiego idioty. Wcale nie był chamski, grzecznie odpowiadał a to, a co wyrażała jego mina nikt nic nie poradzi. Jechał do młodszego, by spędzić czas z nim a nie na rozmyślalniach, jak rozkwasi gębę nieznajomego.

- Harry, kontaktujesz? - głos Jareda wyrwał go z otępienia. Z kolorowych kart przerzucił wzrok na przyjaciela. Jego baczne, brązowe oczy z domieszką zieleni śledziły jego zachowanie, od kiedy Styles przekroczył próg jego drzwi.

- Louis. - miękki ton głosu zagłuszył łykiem alkoholu, sycząc po tym i odstawiając szklankę na blat. Spojrzał na bursztynową barwę cieczy, w której odbijał się złoty blask padający z lamp. To imię dawało Jaredowi wielką podpowiedź, więc jedynie pokiwał głową. - Posprzeczaliśmy się o kogoś. - dodał. Wiedział, że nie narzucał się przyjacielowi mówiąc o tych rzeczach. Żadko rozmawiał z kimś o tym co czuje.

Jest coś, co jeszcze o Harry'm nie wiecie.

*:・✧*:・✧

Kiedy wrócił do swojego mieszkania, zegar wskazywał późną godzinę nocną, o której dzieci powinny spać. Zrzucił niedbale bluzę na wieszak, udając się prosto do łazienki. Jasne światło nieprzyjemnie podrażniło jego oczy. Podszedł do umywalki, puścił letnią wodę, po chwili wsadzając pod nią dłonie. Nieskazitelnie czysta woda spływała z jego skóry, odmieniając swą barwę na brudną, czerwoną. Krew obca znikała z jego dłoni, pozastawiając po sobie jedynie namiastkę wspomnienia.

*:・✧*:・✧

W powietrzu wisiało niewypowiedziane słowo, zwiastujące namacalną katastrofę. Burzę, którą nikt nie będzie w stanie zatrzymać. Zmiany, niszczące resztkę tego, co dobre. Co udało nam się zatrzymać. Wszyscy w pomieszczeniu zajmowali swoje miejsca, stojące czy też siedzące. Zerkali na siebie, ale brakło im słów. W głowie możemy powiedzieć wiele, ale na głos nam to nie wychodzi.

- Wyprowadzam się. - pierwszy grzmot. Głośny, nieznośny dźwięk. Błysk. Światło zagłady.

- Zostawiasz mnie samego w jednorodzinnym domku? - drugi cios. - Jak samemu mam płacić czynsz, Julie? Sprowadziłaś mnie a teraz zostawiasz? - Louis był/jest perełką. Ale każdy ideał jednak nim nie jest. Dziewczyna spojrzała na niego zmieszana, po czym wzruszyła ramionami.

- Możecie sprzedać te mieszkanie a Lo... - zasugerował Zayn, gdy nadszedł najgłośniejszy ze wszystkich grzmotów.

- Możesz wprowadzić się do mnie. - kilka słów. Błąd. Odwracalny? Zielone oczy kamiennie spojrzały na ludzi, które myślą, że znają. Nim spoczęły na tej jedynej, nadszedł zwrot akcji.

- Nie dzięki. - odmowa Tomlinsona wprowadziła w zmieszanie. Jedynie nie jedną osobę. Harry'ego. Nie wszystkiego się spodziewamy. Nie na wszystko jesteśmy przygotowani. Może jednak. Czasami istnieją wyjątki.

- Kółko tematyczne skończone? - odpowiedzi brak. Czasami ich nam brakuje. Tutaj jednak jest omijana.

- Gdzie idziesz, Harry? - trzask. Koniec pierwszej wichury.  Drzwi zamknięte, temat zdeptany.

*:・✧*:・✧

Niewyspane dusze błąkające się po mieszkaniu. Długie sygnały nieodebranych wiadomości. Przekleństwa w każdym pomieszczeniu.

- Gdzie on do cholery jest?! - to już nie było zabawne. Wrzask Zayna był wściekły, zdeterminowany, wykończony. Trzask. Samochodowy alarm. Nadchodziła odpowiedź.

- Ktoś rozpierdala nam samochód! - ogłosił Niall, wysuwając na stopy trampki. Gmar rozniósł się po mieszkaniu. Każdy wybiegł przed dom, niedowierzając widokom. Dyszał. Furia rozchodziła się po jego żyłach. Krew. Szkła. Harry z urywanym oddechem wpatrywał się w tylną szybę swojego auta. Widział odbicie prawdziwej strony człowieka. Potwora. Zły widok. Musiał zniknąć. Nie zastanawiał się. Było w ogóle nad czym? Jedno uderzenie. Głośne rozbicie szkła rozniosło się w tle nadal drażniącego alarmu. Emocje nie uszły. Nic nie było w stanie okiełznać potwora. Musiało się stać coś jeszcze. I nie chodzi tu o rozbicie szyby. Zayn wraz z Niallem rzucili się na przyjaciela. Mocnymi szarpnięciami odsuwali niestawiające się ciało. Poddał się.


ilość słów: 658

piątek, 28 listopada 2014

Rozdział ósmy.

- Louis - na dźwięk swojego imienia odwrócił swoje ciało na kanapie. Kiedy mulat przeskoczył oparcie, młodszy wrócił do czytania książki. Zaplątany szczelnie w koc miał barierę przed Malikiem.

- Możemy porozmawiać? - niebieskooki zmarszczył brwi, doprowadzając swoje oczy do końca rozdziału książki. Włożył zakładkę ze zdjęcia między strony i położył ją na okrytych kolanach. Zwrócił się do swojego rozmówcy. - Więc, co tam u ciebie i Harry'ego?

- Dziwne pytanie, ale cóż - odchrząknął - sądzę, że dobrze. Dlaczego pytasz? - przyjrzał mu się uważnie.

- Musze ci powiedzieć jedno o Harry'm. Tak jakby... on jest despotyczny. Nie w najgorszym stopniu, lecz ma w sobie siłę dominacji, tak? W stosunku do ciebie taki nie będzie z powodów "emocjonalnych" jak i z hamowania. Wiem doskonale, że jak coś mu się nie spodoba to ci to powie wprost, aczkolwiek u ciebie się zgodzi. Wypowiedziałem kilka zdań a mogłem już je pomieszać. Więc... możesz to odebrać jako ostrzeżenie, jakkolwiek chcesz. Po prostu z góry mówię ci, że nie przestrasz się, jak wybuchnie. Nie wiesz o nim tak wiele jak ja, ale przyjrzyj się dokładnie. Hamowanie ma opanowane, ale każdy czasami je traci. Niewiele pomyśli i może powiedzieć coś nieprzyjemnego. To... jak coś zauważysz, możesz mi powiedzieć, okej? Nikt z nas nie chce, by drugiemu się coś stało. - wstając z miejsca, opuścił salon zostawiając chłopaka samego.

*:・✧*:・✧

- Hej ho do pracy by się szło... lalalala. - głos starszego rozległ się po kuchni. Louis wywracając oczami odwrócił się do niego, trzymając nóż w ręce. - Wybacz, nie będę śpiewał! Co tutaj tak jebie?

- Ryba w śmietanie z cebulką i pomidorami. - zmarszczony nos Harry'ego wskazywał, że składniki nie przypadły mu do gustu.

- Cuchnie - uchylił okno, wpuszczając, jak dla niego, trochę świeżego powietrza. - Poza tym nie mamy czasu na jedzenie złotko.

- Niby to z jakiej racji odbierasz mi porę obiadową?

- Dowiesz się później, chodź. - pociągnął Louisa za sobą do hallu.

- Ale daj mi chociaż pochować to do lodówki!

- Nope.

*:・✧*:・✧

- Loueh, wyglądasz jak małe, naburmuszone dziecko. - rzucił do przyjaciela, wlekącego się za nim. Zgarnął czerwony, plastikowy koszyk, by po chwili znaleźć się między alejkami.

- Jestem przez ciebie głodny. - odburknął, krzyżując ręce na klatce piersiowej. - Poza tym po co jesteśmy w sklepie?

- Jak już nalegasz, to ci powiem. Dzisiaj Caroline ma urodziny, więc przygotujemy jej małą niespodziankę. - Louis zastanawiając się, jak mógł zapomnieć, że dzisiaj 11 kwietnia, wpadł na małą dziewczynkę. Szczęśliwie zielonooki w porę ją przytulił ramieniem i postawił w pionie. Chodź mała była, rzuciła Tomlinsonowi spojrzenie mogące zabijać i pobiegła dalej marząc o różowej łące. Styles spojrzał na młodszego i roześmiał się, idąc dalej. Mijająca kolejna minuta pozwoliła im na znalezienie tego, co było taką wielką tajemnicą. Stoisko z wielokolorowymi balonami było... zbyt kolorowe. - Wreszcie. - mruknął, bez ogródek pakując cały koszyk w barwne zabaweczki. 

- Miłego dmuchania, chyba, że zapas na kilka lat robisz. - drażnił się Louis, patrząc jak rośnie góra w ich sklepowym koszyku. - Twoje zamiary są chyba odległe od "Caroline nadmuchałem dla ciebie kilka balonów! Szczęśliwego dnia!". Raczej "miłego sprzątania". - kiedy wreszcie dłoń chłopaka nie zanurzała się w kuble, podszedł do niego bliżej. Miłe zaskoczenie, gdy został objęty ramieniem i przysunięty do ciepłego ciała. Chętnie się wtulił, kierując się w kierunku kas. - Zastanawiam się jak one to naliczą.

- To leży w ich interesie, ja nie wybrałem sobie takiej pracy. - wzruszył ramieniem, stając w "na szczęście" niewielkiej kolejce. Wraz z nadejściem ich kolei kasjerka zmarszczyła brwi, gdy Harry postawił przed nią koszyk. Wyraz mówił nic innego jak "powodzenia". 

- Dzień dobry - przywitał się jakby nigdy nic ze starszą panią. Jej nieuprzejma mina nie ruszyła ani jednego mięśnia w jego twarzy. Po minucie kilku sprzedawców rozdzieliło zakupy na kupki i oddzielnie liczyli. Starali robić to szybko, lecz dwoje już raz musieli od nowa. Louis ułożył głowę na ramieniu chłopaka, który zaś w odpowiedzi pogłaskał jego bok. Sytuacja robiła cię coraz śmieszniejsza, będąc główną atrakcją sklepu. Gdy nareszcie cena wyskoczyła na kasie, każdy pracownik nienawidził tej dwójki.

*:・✧*:・✧

- Wszystkiego najlepszego!! - dwójka wydarła się, kiedy w ledwo oświetlonym salonie pojawiła się solenizantka z Zaynem. Mężczyzna zapalił światło, zastając przyjaciół pośród setki balonów. Wiele z helem poprzyczepiane było do wszystkich możliwych przedmiotach w domu, lampa obok kanapy ledwo dotykała ziemi. Na dodatek podłogi widać nie było, kiedy kolorowe kule zasypywały panele. Blondynka roześmiała się, odkopując sobie drogę do kanapy. Jej niedługa, czarna suknia pokazywała idealnie jej zgrabną sylwetkę. Wysokie szpilki stukały w podłogę przy każdym jej kroku. Złote pasma włosów były zakręcone, co było dziwnym widokiem dla Louisa.

- Widzę, że urodzinowa randka udana. - Harry klapnął sobie obok przyjaciółki, która mocowała się z paskiem przy bucie. Spojrzał w kierunku nadal stojącego Tomlinsona. Myśli na słowa Malika się oddzieliły, został tylko ten mały pączuś. Jego niewielkie ciało, zgrabny tyłek, małe dłonie, urocze kurze łapki przy każdym uśmiechu w kącikach oczu, które swoją drogą również przyciągają go jak magnes.  Gdyby to wszystko było takie łatwe.

*:・✧*:・✧

Dzwoneczek nad moją głową wydobywa z siebie cichą melodię, która w opustoszałym pomieszczeniu brzmi jak gong rozpoczynający walkę. Rozglądam się krótko po wnętrzu, dostrzegając przy stoliku typowo brytyjskiego starca, czytającego gazetę. Najnowsze plotki z samego rana przy szklance herbaty - życie pełne przygód. Śmieję się cicho, nie zwracając na siebie uwagi jedynej żywej duszy. By nie zaspać na wykładach potrzebuję kawy. Podchodzę wolnym krokiem do kasy.

- Jest tu ktoś? - słyszę własny głos zanim jestem w stanie to zarejestrować. W mgnieniu oka wychyla się głowa zza drzwi. Przy tym jakże gwałtownym ruchu przydługie włosy, które wyglądają na zbyt miękkie, wyruszają w pogoń na wszystkie strony.

- Uh, tak tak. J-ja... - nie wiem czy mówił to do mnie, czy do telefonu, który trzymał w dłoni. Gdy cały pojawił się przede mną, nie trudno było oszacować, że jest... mały. Tak, po prostu mały. - Muszę kończyć. Pap. Aw. Okay. Mhm. Pa. - odpowiedź z drugiej strony nie dociera do mnie, ale musiała być satysfakcjonująca. Zarumienił się i uśmiechnął. Odłożył telefon pod blat i podniósł wzrok. Cholera. - Przepraszam, wyszedłem na rozmowę a jest tutaj tylko ten pan. Sądzę, że nie jest zbyt szkodliwy i... - zaciął mi się film, jakbym był pijany. Zamiast wsłuchiwać się w jego słowa, patrzałem na ruch warg. Różowe, wąskie i kuszące. Delikatnie zaokrąglone policzki, pokryte znikającym różem. Mały nosek, lekko zadarty do góry. Myślę, że niebieski to od dzisiaj mój ulubiony kolor. Jak na płeć męską miał długie rzęsy. Wspomniane włosy w ciemnym, karmelowym odcieniu z bliska wyglądały na jeszcze bardziej puszyste. Koszulka widocznie nie była jego rozmiaru. Zwykła, biała z rysowanymi dłońmi, lekko zawinięta w rękawach. Reszta zasłaniała mi lada. - Więc to koniec mojej historii. Co podać? - wyrwał mnie z jakiegoś nieokreślonego transu. Spojrzałem bardziej obecnym wzrokiem, serce mi zatłukło. Był piękny.

- Mocna kawa z dwoma kostkami, muszę żyć na wykładach. - nie wiem dlaczego wypowiedziałem drugie zdanie. Jakbym chciał mu powiedzieć więcej o sobie. Niedoczekanie twoje, koleś. Skarciłem się i zaobserwowałem jak podchodzi do urządzenia. Po chwili postawił przede mną kubek. Wyciągnąłem dziesięć funtów, odzyskałem resztę. - Jak masz na imię?

- Louis. - wyciągnął do mnie rękę. Podałem mu i lekko uścisnąłem. Była mała i ciepła.

- Liam. Liam Payne.

*:・✧*:・✧

ilość słów :1209
Jezus nie pisałam nic miesiąc i wstawiam takie gówno, przepraszam.

sobota, 18 października 2014

Rozdział siódmy.

louis.
Gdyby ktoś powiedziałby mi, że pod koniec lutego (gdzie trwa jeszcze zima), pójdę na randkę, zaśmiałbym się. A teraz? Stoję przed lustrem Julie, poprawiając swoje włosy, a lekkie dygotanie rąk utrudnia mi to zadanie. Mam ochotę zaśmiać się z samego siebie, ale mi to nie wychodzi. Ze zdenerwowania mam zaciśnięte gardło, a struny odmawiają posłuszeństwa. To jakbyś próbował grać na gitarze, ale mimo prób nie wydobywa się żaden dźwięk. Jedynie pusta melodia, uderzanych palców w drewno. Cisza. Zatrzymuję zsuwający się z mojego ramienia karmelowy sweter. Jest gruby, ale za to bardzo milusi. Kazał ubrać mi się ciepło, więc tak zrobiłem. Zostawiam już biedną fryzurę w spokoju, poprawiając czarne oprawki na nosie. Nie zakładam dzisiaj soczewek, dam dzisiaj sobie z nimi spokój. Mam nadzieję, że go nie zawiodę. Bo nie zrobię tego, prawda? A może uzna mnie za idiotę? Jak się poniżę i się więcej do mnie nie odezwie. Boże, zachowuję się jak moja siostra. A to już bardziej świadczy o tym, jaki ze mnie bachor. Świetnie, jeszcze uzna mnie za dziecko.

Czytałem moją nową zdobycz, spod rąk R.P. Evans. Opowieść bardzo mnie wciągnęła, mimo, iż mogłem natknąć się na lepsze. Książka była niewielka, na druk nie ma co narzekać. No cóż, ja tak jakoś mam, że zwracam uwagę na wygląd. Nie zawsze, ale jednak. Gdy zerknąłem na moment do biblioteczki, znajdująca się kilka budynków od mojej pracy, wziąłem dwie. Na półce w sypialni czeka na mnie Sekret Lillian autorstwa P.C. Henry. Tak, czasami zerknę na romansidła. Wyrwany z transu czytania uniosłem wzrok, słysząc pukanie do drzwi. Serce zastukało mi, tak bardzo podekscytowane, jak ja. Odłożyłem książkę, zaznaczając moje zakończenie długim prostokącikiem, złożonym z moich wspólnych zdjęć z Julie. Pamiętam, gdy udaliśmy się na komedię i po drodze była budka. Nie mogliśmy odmówić. Wstałem pośpiesznie z miejsca, wręcz w podskokach docierając do drzwi. Zerknąłem na siebie w lustrze, znajdujący się na prawo od drzwi. Okej, jestem gotowy. Powoli, by nie pomyślał sobie, że mi aż tak bardzo zależy, jakbym stał pod drzwiami, nacisnąłem na srebrną klamkę. Zamek, ustępując mi, zezwolił na otworzenie wejścia. Wiedziałem, że wstrzymam oddech jak tylko go zobaczę. I tak się stało, typowe. Zagryzłem leciutko wargę patrząc na niego troszkę z dołu. Piękny, jak zawsze. Nie wiem, kiedy moje myśli zabłądziły na ten temat. A mieliśmy być tylko przyjaciółmi. Dzisiaj zobaczymy co będzie dalej. Delikatny puch osadził się na jego włosach, a mi tylko pozostało trzymać ręce przy sobie, by nie dotknąć jego włosów. Wpuściłem go do środka, nie spuszczając z niego wzroku. Wszedł pewnym krokiem na korytarz, najpierw trzepiąc buty na schodkach. Zamknąłem wejście do mieszkania i odwróciłem się do niego.

- Hej, kwiatuszku. - przywitał się ze mną, gdy ja po raz kolejny zarumieniłem się.

- Hej. - wymruczałem poprawiając lekko zsuwające się oprawki. Zapadła między nami cisza, ale taka dobra. Nie wiedząc kiedy, postawiłem trzy dzielące nas kroki. Położyłem leciutko ręce na jego torsie, po czym jadąc nimi do tyłu objąłem go pod płaszczem. Nie sprzeciwił się, uśmiech nie zszedł z jego twarzy, więc uznałem to za dobre. Oparłem czoło o jego jeszcze zimną koszulkę, nie przejmując się opadającymi na oczy włosami. Poczułem jego dłonie na moich plecach, które jeszcze bardziej mnie do niego przyciągnęły. Schowałem się w nich, nie uznając to za złe. Nic nie jest z nim złe. Uniosłem kąciki ust delikatnie ku górze, mogąc stać tak godzinami.

- Gotowy? - wyszeptał, pochylając się do mojego ucha. Pokiwałem głową, unosząc do góry głowę.

*:・✧*:・✧

      Odwróciłem wzrok od przyciemnionej szyby, odwracając wzrok na moją randkę. Nadal nie wierzę, że zapytał się, czy się z nim umówię. Ja gdybym miał poprosić to bym spłonął, pod wpływem swojego ukochanego rumieńca. Z radia, które błyskało kolorowymi światłami w ciemnym samochodzie, wydobyła się piosenka Eda Sheerana. Lubiłem go, ma świetne utwory. Nie widząc w tym problemu, podgłośniłem, ale niewiele. Spojrzałem na spokojną twarz kierowcy, która oświetlona była niebieskim światełkiem. Przyglądałem mu się przez dłuższą chwilę. Odgarnięte do tyłu włosy, w niektórych miejscach jeszcze powykręcane. Wysokie czoło, pokryte kilkoma krostkami. Idealny dla mnie profil twarzy, zarysowane rysy policzkowe i różowe wargi, przez które mam przyjemne dreszcze, gdy stykają się z moją skórą. Nigdy jeszcze nie widziałem go bez koszulki, ale jego umięśnione ciało było widoczne, nawet pod ubraniami. Nie przesadnie szerokie ramiona, teraz pokryte jedynie białą koszulką. Dowiadując się, że droga zajmie nam mniej więcej trzy godziny, zdjęliśmy grubsze ubranie. Ogrzewanie dawało nam wystarczające ciepło, by nie odczuwać minusowej temperatury.

- Harry? - wyszeptałem, na tyle by rozniosło to się po samochodzie. Odwrócił na krótką chwilę głowę, lecz jego sekundowy wzrok mi wystarczał. Dostrzegłem ten butelkowy odcień zieleni. - Powiesz mi coś o swojej rodzinie? - kontynuowałem, wiedząc, że mnie słucha. Tekst piosenki rudowłosego piosenkarza zakończyła się, dzięki czemu było słychać tylko ledwie słyszalną pracę silnika. Trochę się zmieszałem, gdy nic nie odpowiedział. Przeniosłem wzrok na jego dłonie, które mocniej trzymały kierownicy. Poluzował uścisk, wiedząc, że patrzę się na jego reakcję.

- Co mogę ci powiedzieć? - zadał pytanie na pytanie, przerywając i bezpiecznie zakręcając na ostrym łuku. Co w zimę nie jest zbyt lubiane. - Mam siostrę, z którą nie rozmawiałem osiem lat. Moja matka jest teraz zapracowaną kobietą, więc nie ma czasu, by tu przylatywać. Z tatą mam dobre kontakty, od czasu do czasu odwiedzimy siebie wzajemnie. Typowa sytuacja, gdy rodzice mają za dużo pieniędzy w portfelu. - wzruszył ramieniem, jakby ta sprawa go kompletnie nie wzruszała.

- Masz im to za złe? - trochę głupio się poczułem, ale chciałem z nim na ten temat porozmawiać.

- Nie interesuje mnie ta sprawa, Louis. Nigdy jakoś mnie to nie wzruszyło. Moją rodziną jest Zayn, Niall, Caroline i Julie. - rzucił mi spojrzenie, po czym zaraz wrócił do drogi. Ten chłopak jest dla mnie jedną wielką zagadką. Nawet sięgałem źródłami do Heart, ale ta unikała tego tematu. Czując się źle, pochyliłem się w jego kierunku i złożyłem całusa na jego policzku. Byłem w tej pozycji dłużej, niż by trzeba, ale żaden z nas nie miał nic przeciwko.

*:・✧*:・✧

      Po ubraniu się, wysiedliśmy z auta. Zamknąłem drzwi ze swojej strony i rozejrzałem się wokoło. Dotarliśmy na miejsce o wpół do siódmej, pół godziny przed porą naszej rezerwacji. Ale ciekawe na co. Harry utrzymał to w tajemnicy, bo to miała być dla mnie niespodzianka. Posłusznie schowałem ciekawość i ekscytację w sobie, nie męcząc go o tą wiadomość. Zajechaliśmy samochodem na niewielki zaorany plac, blisko oświetlonego centrum dla gości.

- Głodny? - zapytał, oplatając mnie łatwo ręką. Byłem dla niego jak jakaś nastoletnia dziewczyna, bo wzrostem nie górowałem.

- Tak. - odpowiedziałem w jego ramię, a raczej klatkę piersiową. To tak śmiesznie wyglądało, dosięgałem mu do pachy, czołem. Mógłby swobodnie opierać się o mnie. On jest za wielki, ja mam odpowiedni wzrost. Ruszyliśmy do niewielkiej restauracyjki, machając lekko złączonymi dłońmi. Już nie było mi w nią zimno.Weszliśmy do środka, rozkoszując się przyjemnym zapachem, jaki wisiał w pomieszczeniu. Dzwoneczek dał ponownie o sobie znać, kiedy Harry zamknął za nami drzwi. Wzrokiem znalazłem wolne miejsce, więc pociągnąłem go za sobą. Manewrowaliśmy chwilę między stolikami, uśmiechając się lekko do obcych ludzi. Stanąłem przy znalezionym przeze mnie stanowisku, ściągając z siebie zimową kurtkę. Reszty nie ubierałem, bo szliśmy ledwo minutę. Oklapłem na swoje miejsce, gdy Harry już zajął swoje. Nim mogliśmy rozpocząć jakikolwiek temat, podeszła do nas kobieta. Na plakietce widniało imię "Sophie". Przywitała się, recytując, pewnie wyuczoną już, mowę. Mieliśmy jedno menu, więc podałem je chłopakowi, licząc na jego wybór. Patrzałem na niego, ponownie badając jego twarz, kiedy przeglądał listę.

- To poproszę dwie porcje placków pita z sałatką z kurczaka, talerzyk ciasteczek z granoli oraz dwie gorące herbaty. - nie odrywając od niego wzorku, słyszałem tylko rozmowy i pisanie po kartce. Ściągnąłem okulary, które pod wpływem zmiennej temperatury zaparowały. Odłożyłem je na bok i potarłem oko.


      Po zjedzonym, swoją drogą pysznym, posiłku Harry uregulował rachunek, na co niechętnie się zgodziłem. Dochodziła nasza godzina rezerwacji, więc bez ociągania się, w pełni się ubraliśmy i opuściliśmy pomieszczenie. Za cztery siódma weszliśmy do centrum dla gości. Odebraliśmy bilety, po czym przeszliśmy na patio za budynkiem. Górskie powietrze było przenikliwie chłodne, ponieważ temperatura spadła poniżej dziesięciu stopni.
Mężczyzna w filcowym kapeluszu kowbojskim z opaską za skóry grzechotnika, w kurtce ze skóry innego zwierzęcia oraz skórzanych ochraniaczach na spodniach i rękawicach stał obok długich sań z czarnego drewna, do których zaprzężono dwa masywne konie. Sanie wyposażono w cztery ławki a na przodzie wmontowane zostały reflektory.

- Nazywam się Robert - rzekł z innym akcentem, którego nie jestem w stanie rozpoznać. - Dzisiejszego wieczoru będę państwa woźnicą. Objedziemy kilka kawałków naszego terytorium, na pewno nie wszystkie. - zaśmiał się cicho, na co się uśmiechnąłem. - To przejażdżka przy świetle księżyca, a nie w porannych promieniach. - wraz z innymi przybyszami, zajęliśmy miejsca w saniach. Rozłożone na siedzeniach koce użyliśmy jako okrycia, będąc blisko siebie i zasłaniając się przed mrozem. Gdy Robert wydał z siebie okrzyk, rozkazujący ruszyć zwierzętom i szarpnął lejcami, potężne konie pociągnęły sanie po gładkiej, pokrytej śniegiem połaci, która rozciągała się przed nami niczym ogromne, oświetlone księżycowym blaskiem morze.

W czasie podróży kierownik opowiadał o historii, jaka tutaj krążyła. Odpowiadał na pytania zadawane przez ciekawe pary, jednak dla mnie to były jak rozmowy w odległym stoliku restauracji. Przeżywaliśmy tą wycieczkę po swojemu. Wtulałem się w jego rozgrzane ciało, obejmując go własnymi ramionami. Szeptaliśmy swoje słowa w nicość, śmialiśmy się cicho. To były jak tajemnice, które mogliśmy wiedzieć tylko my.

- Piękne - wyszeptał ponownie do mojego ucha. - Popatrz na gwiazdy, kruszynko. - Odchyliłem głowę, żeby im się przyjrzeć. Z daleka od świateł miasta gwiazdy były niezwykle dobrze widoczne, jasne i błyszczące. Wyglądały jakby ktoś staranie je polerował i powoli wieszał na ciemnym niebie, specjalnie dla nas. Dla tej chwili. Spojrzałem na jego piękną twarz, wsłuchując się w stukot końskich kopyt i szum sań gładko sunących po skrzypiącym śniegu. Powiewy wilgotnego wiatru mroziły mi twarz. Czułem się ogromnie szczęśliwy i bezpieczny - tu i teraz. Z nim.

Do końca wędrówki żadne z nas nie wypowiedziało ani słowa i wierzyłem, że to dlatego że słowa były zbyt nieporadne, by wyrazić to, co czuliśmy. Ciekawiło mnie, czy Harry czuje to samo co ja. Miałem nadzieję, że tak.

Po jakimś czasie można było dostrzec na horyzoncie światła centrum. Westchnąłem cichutko, tworząc niewielki kłębek pary. Moją uwagę odwrócił dotyk, który lekkim muśnięciem odgarnął mi włosy, wystające spod czapki. Odwróciłem głowę w stronę chłopaka, który powiódł palcem po moim policzku, wzdłuż kości szczękowej i zakończając na wargach. Delikatnie ujął obiema rękoma moją twarz, pochylając się lekko w moim kierunku. Wiedząc, co za chwilę zrobi moje serce pulchło, a mi zrobiło się bardziej gorąco. Pocałował mnie.

- Chciałbym podziękować wszystkim za wspólną jazdę. Mam nadzieję, że spędziliście państwo miły wieczór i wkrótce do nas powrócicie. - z naszego małego świata wyrwał nas głos mężczyzny. Delikatnie odsunąłem się od chłopaka, nie mogąc powstrzymać cisnącego się na usta uśmiechu. Poczułem najprawdziwszy zawrót głowy, taki, jakiego doświadcza się, gdy nagle skończy się przejażdżkę w wesołym miasteczku.



Ilość słów: 1807
Pomysły zaczerpnęłam z książki Obiecaj mi R.P. Evans. Fanfiction pojawiło się na wattpadzie, zapraszam i również tam. Rozdział chyba zasługuje na waszą opinię?

czwartek, 25 września 2014

Rozdział szósty.

- Witaj, synku. Nie ładnie się tak wyrażać, chyba cię tego nauczyłam. - odgarniając długi, ciemny kosmyk włosów za ucho, bez zezwolenia wkroczyła jedynym krokiem do środka. Chłopak zacisnął szczękę, trzaskając drzwiami za jej plecami. Spojrzał w jej stronę, uśmiechała się do niego przyjaźnie, ale i tak wiedział, że uśmiech jest udawany jak ona cała.

- Nie jestem twoim synem, Anne i nie nazywaj mnie tak więcej. - mruknął nie wyrażając jakichkolwiek uczuć. Dawno minął już mu ból, teraz był zdolny nazwać ją nawet dziwką. On nie był jej synem, ani ona jego matką. Byli spokrewnieni, ale tylko krwią, nawet to było obojętne Harry'emu. Nie zrywając kontaktu wzrokowego z kobietą stał w miejscu, czekając aż opuści mieszkanie. Nie miał, nawet w najmniejszym stopniu, ochoty zapraszać ją w głąb pomieszczenia. Dla niego mogła stać na zewnątrz i pukać w drzwi. Prychnął pod nosem, gdy ta jeszcze tu była.

- Coś się stało? - zapytała, jakby nie była niczego świadoma. W chłopaku gotowała się czysta złość i jedyne, co mu zostało, to trzymać ręce przy sobie.

- Ty się stałaś. Nie interesuje mnie, co masz do powiedzenia. Najlepiej wyjdź i nie wracaj, dałem ci szansę. Zamiast iść się puszczać mogłaś przyjść na spotkanie, chociaż nie wiem, czy by to coś dało. - wskazał na drzwi. Nie musiał długo czekać, gdy kobieta, którąś kiedyś kochał, wyszła bez słowa pożegnania. Z miłości do nienawiści, yeah?


louis.
      Zanim się obejrzałem, minął kolejny tydzień, mojego "nowego rozdziału". Zima, mimo iż nadal sroga, trzymała się kalendarza. Upiłem łyk soku brzoskwiniowego, wczytując się w kolejne wersy nowo znalezionej książki. Po porannej zmianie w pracy, postanowiłem rozejrzeć się po okolicy, zamiast iść do pustego mieszkania. Za rogiem znajdowała się przytulna księgarnia. Jej urok niestety nie nadawał miejscu spokoju. Było wiele ludzi, którzy kochali podziwiać takie zbiorowiska, więc było tłoczno. Jednak dzięki uprzejmości młodego chłopaka, udało mi się wypożyczyć trzy lektury. Jedną już skończyłem, wczoraj zająłem się drugą. Zasiorbałem ze szklanki chłodny napój i usłyszałem ciche pukanie do drzwi. Jestem w swojej sypialni, Julie raczej by nie pukała.

- Wejdź. - powiedziałem trochę głośniej, by mój gość mnie dosłyszał. Skrzypnięcie drewna bardziej zwróciło moją uwagę. Oderwałem wzrok od książki i spojrzałem w kierunku wejścia.

- Hej. - Harry uśmiechnął się, lekko zamykając za sobą drzwi. Podszedł wolnym krokiem do łózka, po czym usiadł na krawędzi. Odwzajemniłem uśmiech, odkładając książkę obok siebie i usiadłem po turecku. - Za 6 dni, dokładnie 1 lutego, są moje urodziny i postanowiłem cię na nie zaprosić. - trochę się zdziwiłem, że chce mnie zaprosić, gdzie będą sami jego znajomi. Uniosłem jeden kącik ust do góry, kiwając lekko głową na zgodę. Dlaczego miałbym nie iść? Będzie tam Julie i reszta, więc nie będę jednak taki obcy. - To impreza w klubie, sądzę, że niewielka, nie mam ochoty robić z tego najgłośniejszego wydarzenia w roku. - oboje zaśmialiśmy się na jego słowa.

- Nie ma sprawy, z chęcią się zjawię, by fałszować podczas śpiewania "sto lat". - wybuchł szczerym śmiechem, odgarniając z czoła za długie włosy. Mały banan nie schodził mi z warg, a delikatny rumieniec jak zawsze był towarzyszem.

- Może dasz mi swój numer telefonu? Wiesz, by napisać ci miejsce i godzinę. - poruszył brwiami, wyciągając w moją stronę swoją komórkę. Zachichotałem, biorąc ją od niego. Małe zerknięcie na tapetę to nic złego, prawda? Widniało tam zdjęcie Harry'ego z mężczyzną, którego nie kojarzę. Wszedłem w kontakty. Raczej nie są razem, wyglądali na przyjaciół. Kliknąłem na nowy kontakt, wpisałem rząd cyferek z pamięci. Chwilkę się zaciąłem, kiedy miałem wpisać nazwę kontaktu. Bo co miałem mu napisać? "Louis Tomlinson". Trochę sztywno. Wręczyłem mu jego własność.

- Wpisz sam, twoja decyzja. - wzruszyłem ramieniem zostawiając mu to zadanie. Nie widziałem, co wpisał, krótko stukał w ekran i wsunął do kieszeni. Gdy już chciał otworzyć usta, najprawdopodobniej zacząć jakiś temat, przeszkodzono nam. Oboje spojrzeliśmy w stronę Nialla, który niewzruszony tym, że nam przerwał, gapił się na laptopa, którego trzymał na ręce.

- Louis do ciebie. - mruknął nieobecnie, po cennej informacji obracając się i wycofując, oczywiście nie zamykając drzwi. Wraz z chłopakiem, wstaliśmy z miejsca i razem opuściliśmy moją sypialnię. Wyszliśmy zza rogu, uśmiechnąłem się szeroko na widok Nasha. Szczerze brakowało mi go przez kilka dni. Podszedłem do niego szybko i przytuliłem, od razu zaczęliśmy rozmawiać.

- Cześć. Wpadłem się zapytać, czy dasz się jutro wyrwać gdzieś wieczorem. Znalazłem fajną komedię! - przez kilka sekund spojrzał się na coś, bądź na kogoś za moimi plecami. Jakbym tego nie zauważył, od razu odpowiedziałem mu.

- No jasne! Nie mam żadnych planów, więc może być. - wsunąłem ręce w kieszenie spodni. Uśmiechnęliśmy się do siebie szeroko.

- Mogłem napisać, ale chciałem pogadać, bo mógłbyś mi odmówić. Ja muszę już iść, bo.., - huk tłuczonego szkła i wściekły krzyk, najprawdopodobniej Zayna, rozniósł się po całym domu. - Ty kurwa ośle niedorozwinięty! Rusz czasami tępą głową, to kurwa nie boli! Ja pierdole, co z ciebie za ciota! - wrzasnął, że aż mnie to przestraszyło. Ostre słowa, jeszcze nie zdarzyło mi się słyszeć, by mówił to z takim tonem. Pożegnałem się z chłopakiem, który opuścił mieszkanie i zerknąłem do pomieszczenia, gdzie nagle zrobiło się cicho. Niall wyminął mnie, lekko trącając ramieniem. Wyszeptał przeprosiny, pośpiesznie się ubierając. Zrobiło mi się go cholernie przykro, widziałem, że oczy zaszły mu łzami. Przekręciłem głowę w lewo, Styles posłał mi tylko półuśmiech. Blondyna już nie było, ubrałem trampki na bose stopy i zgarnąłem bluzę, wsuwając ją na ramiona. Niezgrabnie wybiegłem za nim, szybki jest, bo już z odpalonym silnikiem chciał opuścić podjazd. Zamachałem do niego, krzycząc jego imię. Może podziałało, stanął w miejscu i nie spojrzał na mnie przez szybę. Westchnąłem cicho mroźnym powietrzem, tworząc niewielki kłębek. Ubranie tak cienkiego obuwia nie było zbyt mądre. By nie musiał na mnie wiele czekać, od razu ruszyłem do auta. Pociągnąłem za klamkę i wsunąłem się na miejsce pasażera.


harry.
Byłem trochę zdenerwowany tym, że Horan nam przerwał. Miałem zamiar zaprosić go jutro na spotkanie. Może uznałby to za randkę, co bardziej podchodziło pod moje zamiary. Tak, chciałem umówić się z Louisem, by go bliżej poznać, lecz zostałem wyprzedzony. Teraz powinienem mieć inne zmartwienie, ale to nie wychodziło z mojej głowy. Spojrzałem trochę zmartwiony za moim najlepszym przyjacielem, po czym przeniosłem wzrok na Louisa. Nie mogłem zmusić się na więcej, niż drgnięcie warg. Widziałem tylko, jak jego postać znika mi z oczu. Dobrze, że pomyślał, by nie zostawić Nialla samego. Odwróciłem się do Zayna urwany z myśli. Nikt nie chciał powiedzieć od siebie słowa, bo najwyraźniej nie miał nic do zaczęcia. Mulat odczepił mokrą od ciepłej kawy koszulkę i mruknął coś niezrozumiałego pod nosem. Ominął jednym krokiem mokrą plamę na panelach oraz rozbity kubek, kierując się do łazienki. Nim mogłem zacząć kolejny temat swoich myśli, usłyszałem szum lecącej wody. Caroline dołączyła do pomocy Julie, sprzątając ten mały wypadek. Usiadłem na fotelu, odrzucając głowę do tyłu i zamykając oczy. Wszystko ostatnio się sypie, z kim mogę porozmawiać? Na razie sam z sobą. Przyjaciele są jak gwiazdy na niebie. Czasami ich nie widać, ale zawsze wiesz, że tam są. Moje gwiazdy zniknęły od kilku dni, gdzie są?


louis.
Niepewnym krokiem wszedłem do niewielkiego domku Nialla. Ugryzłem policzek od środka i spojrzałem na chłopaka. Cicho jak myszka rozebrał się, nawet nie próbując na mnie spojrzeć. Sam zdjąłem buty i zostawiłem na sobie bluzę, bo było bardzo chłodno. Przeleciałem wzrokiem po swoim odbiciu w lustrze. Mała nieuwaga, a już niebieskookiego nie było przy mnie. Zmarszczyłem brwi zerkając do najbliższego pomieszczenia, salonu, ale nie było go tam. Chciałem go zawołać, ale ktoś zastukał do drzwi. Pukanie się powtórzyło, tym razem głośniej. Trochę bałem się, ale podszedłem i otworzyłem je powoli. Zanim mogłem zobaczyć kto to był, zostałem pchnięty na plecy. Przerażony krzyknąłem, upadając boleśnie na podłogę.

- Witaj Horan, miło cię widzieć. - obca osoba wysyczała to nade mną. Przestraszony zamknąłem mocno oczy. Nie chciałem wiedzieć co się dzieje. Niekontrolowanie załkałem w dłoń i poczułem łzy w oczach. Serio, teraz będę płakać?

- Odejdź. - tym razem inny głos odezwał się. Uchyliłem lekko powieki, dostrzegając jak mężczyzna odpuszcza dłoń, w której ma broń. Ugryzłem mocno wargę i przeniosłem spojrzenie na drugiego. Przyglądał mi się uważnie, jednak ja nie widziałem za wiele. - To nie on, zwijamy się. - westchnąłem z ulgą, kiedy wyszli. Kiedy odzyskałem jakąś siłę, podniosłem się na nogi. Plecy cholernie mnie bolały, a szczególnie lewa łopatka.

- Kurwa, Louis, przepraszam. - chłopak podbiegł do mnie, biorąc mnie pod ramię. - Przepraszam.

- Kto to był? - zapytałem, ale nie dostałem odpowiedzi.



ilość słów: 1407
Jak zjebałam ten rozdział, jak czytam ten napad to mi się chce śmiać, jest żałosny.
Chyba już tylko 6 osób czyta to ff.

10 komentarzy - 7 rozdział

poniedziałek, 22 września 2014

Rozdział piąty.

harry.
Otwierając drzwi wejścia do mieszkania Zayna, ściągnąłem z siebie czarny płaszcz i odwiesiłem go w szafie. Krzyknąłem informując o moim przybyciu i pociągnąłem nosem. Chyba będę miał katar, no ale co się dziwić, jak ubieram na siebie jedynie kurtkę i jej nawet nie zapinam. Mruknąłem coś pod nosem kiedy nie dostałem odpowiedzi i wychyliłem się do salonu. To chyba zostanie w mojej głowie, bo niejaki Zayn Malik pucował właśnie ramki powieszone na ścianie. Ale to nie koniec! Miał na rękach długie, obleśne żółte rękawiczki, które zostawiają mdły zapach na dłoniach. Parsknąłem śmiechem.

- Czego rżysz palancie. - wywrócił oczami, odwracając się w moją stronę. Usiadłem sobie wygodnie na kanapie, ale zdziwiło mnie, dlaczego jesteśmy sami.

- Gdzie reszta? Miała przecież tutaj być. - zakaszlałem sobie w dłoń, aż mnie zapiekło kiedy na jednym odchrząknięciu się nie skończyło. Świetnie. Przyjaciel rzucił mi zmartwione spojrzenie i wrócił do sprzątania.

- Pojechali po jakieś jedzenie bo wszyscy są głodni a nikomu przy garach się nie chce stać.

- W sumie mi też. - wzruszyłem ramieniem. - Ale tak cała czwórka? - przytaknął w odpowiedzi głową, zawieszając ostatnią fotografię na ścianie. Więcej nie mając pytań, jak i nie chcąc słyszeć na temat tego co zaszło dwa dni temu, przymknąłem oczy.

*:・✧*:・✧

      Pierwszą rzeczą, która wybudziła mnie z dziesięciominutowej drzemki były śmiechy. Później nie mogło się obejść na tym, że ktoś na mnie wylądował. A może raczej coś. Jak zechce mi się uchylić powieki to dowiem się co było drugą pobudką.

- Harry. - delikatny głos i lekkie potrząśnięcie ramieniem zmusiło mnie do wstania. Zamrugałem powiekami, bo i tak ledwo co spałem ale po co miałem dalej spać, no nie? Nade mną pochylony był Louis, uśmiechając się szeroko. Jego czerwone od mrozu policzki i zwisające włosy były... urocze? Tak, to dobre określenie. Usiadłem na kanapie i przetarłem oko, rozglądając się po salonie. Wszyscy jak w zwyczaju zajmowali swoje miejsca, gapiąc się na mnie. Zrobiłem młynka oczami, powodem ich wzroku była reklamówka jedzenia na moich kolanach. Po kilku minutach każdy siedział z gorącą kawą i fast foodem.

louis.
Cieszę się, że udało się Julie namówić mnie na to spotkanie. Jest o niebo lepiej niż bym się spodziewał. Każdy był miły, docinali sobie, co nie ukrywało, że skoczyliby za sobą w ogień. Są dla siebie najlepszymi przyjaciółmi, prawie jak rodzeństwo. Moja głowa mówiła, że do nich nie pasuje. Jak zawsze, moja krytyka nie może się zamknąć. Nie zepsuło mi to jednak dobrego nastroju, czułem się swobodnie i tak chyba powinno być. Zaśmiałem się z żartu, jaki powiedział Harry. Spojrzał się na mnie z delikatnym uśmiechem, o boże, serce mi skoczyło. Był takim dupkiem ale nie powinienem go oceniać na podstawie jednego wydarzenia. Przecież nikogo nie zabił. Lekki rumieniec, jaki poczułem na swoich policzkach, zmusił mnie do odwrócenia od niego głowy. Upiłem mały łyk swojej stygnącej kawy, po czym odstawiłem kubek na stolik.


narrator.
     Uporczywy, głośny dzwonek rozbrzmiał po pustym mieszkaniu. Gdyby ktoś teraz wszedł, pomyślałby, że naprawdę jest pusty. Harry z głośnym, niezadowolonym jękiem zszedł z łóżka. Będąc ostrożnym, ubrał się i schował czarną, niewielką broń w tyle spodni. Zbiegł ze schodów, nie pierwszy raz żałując, że ma dwupiętrowe mieszkanie. Cicho, nie wiadomo po co bo jest u siebie, przemierzył korytarz i podszedł do drzwi. Powolnie pochylił się do ciemnego drewna i sprawdzając przez dziurkę kto go odwiedził o 3 w nocy. Mruknął coś pod nosem, pstrykając światło na dworze.

- Ja pierdole. - syknął do siebie i poprawił koszulę, bardziej poprawiając ją z tyłu. Odkluczył zamki i, chodź niechętnie, pociągnął je do siebie. - Czego tu kurwa szukasz?



ilość słów: 592
Zapraszam na aska, gdzie możecie zadawać pytania na temat ff jak i mnie. x
Wiem, że nie ma nic interesującego teraz ale chciałam wreszcie coś wstawić, przepraszam, postaram się coś wrzucić lepszego w 6. Zapraszam na aska!

środa, 3 września 2014

Rozdział czwarty.

zayn.
Po raz kolejny (co już było moim małym nawykiem) wywróciłem oczami. W otoczeniu Nialla i jego głupoty nie dawało się nie wykonywać tej czynności. Z nieogarniętym wyrazem twarzy wpatrywał się w ekran telewizora. Ten film ma za trudną dla niego fabułę, może dlatego, że większość czasu przeznaczył na stukanie w telefon. Niechętnie przełączyłem czarnym pilotem program. Z racji tego, że nie byłem tępy jak on i na serio oglądałem zaciekawił mnie, ale pozostaje mi obejrzeć resztę w internecie. Wstałem ze skórzanej kanapy i poprawiając białą koszulkę powędrowałem do kuchni. Słyszałem tupot za moimi plecami, co dało mi znać, że Niall kroczy za mą osobą. Zapaliłem światło w pomieszczeniu, podchodząc do lodówki. Cisza była uciążliwa, więc coś gryzło mojego przyjaciela, bądź chciał zacząć jakiś temat. Zerknąłem na niego zza ramienia, miał tą samą minę co w salonie, lecz teraz wpatrywał się w okno. Jednak to nie film sprawił mu trudność. Odwracając głowę do wnętrza urządzenia szybko spojrzałem na zawartość. Wyciągnąłem dwie pizzerki, zapisując sobie w pamięci by odkupić Caroline, bo zatłucze mnie swoimi szponami. Wystarczająco mi śladów wczoraj zrobiła na plecach. Pokręciłem głową zamykając lodówkę, wpakowałem obie bułki do mikrofalówki i nastawiłem. Okręcając się przodem do Horana dostrzegłem, że jego postawa się zmieniła. Nadal intensywnie myślał, stał prosto wpatrując się we mnie. Chyba nawet nie zdawał sobie sprawy, iż na niego patrzę.

- Co jest stary? - wreszcie przerwałem to milczenie. Jego oczy zrobiły się nagle jakby obecne, poluźnił uścisk na blacie. Mniej otępiale spojrzał mi w oczy, próbując zarejestrować czy aby na pewno się do niego odezwałem. Uśmiechnąłem się lekko w jego kierunku, odwzajemnia mój gest odgarniając farbowaną grzywkę w bok. Chwilę się nie odzywa, jednak wreszcie coś z siebie wydaje.

- Nie podoba mi się to, że tak nagle po przerwie Harry znów tam pojechał. - podkreślił tajemnicze słowo "tam" ale nie musiałem się zastanawiać co ma na myśli. Sam dobrze zdawałem sobie sprawę, że coś musi być na rzeczy. - Jestem przekonany, że coś a może raczej ktoś się do tego przyczynił.

- Co takiego mogło się stać? Było okej, tymczasowo daliśmy sobie "urlop". Te pizdy nie mają aż takiego dla nas znaczenia. Spotkał ich, dobra ale taka drobnostka by go wkurwiła? Nie sądzę Niall, to nie jest to.


harry.
Oparłem dłonie o krawędź ringu, przypatrując się rozgrywającej za siatką akcji. Przyjechałem tu by zapomnieć, lecz odechciało mi się brać udział. Żułem miętową gumę, wpatrując się w walkę. W pomieszczeniu jak zawsze panował mrok a oświetlony ring przedstawiał ostrą bitwę. I taka rozpętała się w mojej głowie. Po co znowu tutaj się przywlekła? Znudziło jej się zatruwanie życia swojej córecce i przypomniała sobie o tym, że posiada syna? Ha ha, śmieszne. Prychnąłem pod nosem, odwracając głowę w bok. Dzisiejszego wieczora o dziwo nie było zbyt wielu ludzi. Jednak może jest tu tak od kilku dni? Nie wiem, nie bywałem tu ostatnio. Kiedy żółte światło przeleciało po moim ciele odepchnąłem się rękoma, zastanawiając się co mam do roboty. Skoro jednak nie zrobię komuś z mordy zgniłe jabłko to warto poszukać innego zajęcia. Nic nie przykuło mojej uwagi, kilka znajomych twarzy zjawiło się przed moimi oczami. Może napić się? Yeah, to byłoby dobre wyjście na odgonienie własnych, niechcianych myśli. Z tą myślą przewodnią opuściłem salę tylnim wyjściem, nie zaszczycając nikogo pożegnaniem.

narrator.
- Kurwa Niall nie szarp. - wysyczał, swoją drogą zajebiście pijany, Harry, wyrywając się i zataczając w tył. Spojrzał na swojego przyjaciela, który uratował go przed upadkiem, nie pierwszy raz. Znowu. Poddając się nie stawiał oporu, kiedy był ciągnięty do samochodu. Oklapł na siedzenie pasażera, wycierając kciukiem czerwoną ciecz z kącika ust. Był wściekły i chyba szybko mu nie przejdzie.


louis.
      - Do zobaczenia. - posłałem ciepły uśmiech w stronę klienta, wyciągając z tylniej kieszeni kraciastą ścierkę. Za godzinę kończyła się moja wieczorna zmiana, zerknąłem na zegar i wziąłem się za przetarcie blatu. Na dzisiaj umówiłem się z Nashem do kina. Gdy skończyłem wycierać, stwierdzając, że jest w miarę czysto, rozejrzałem się po pomieszczeniu, tak sobie licząc ilu jest ludzi. Więcej niż na początku dnia dzisiejszego, ale to nic. Dopiero po chwili dostrzegłem pochyloną nad swoim miejscem za bardzo znajomą mi twarz. Ugryzłem się w policzek, uprewniając się, czy aby na pewno nikt nie ma w planach mnie okraść i zgarnąłem z pułeczki notesik. Opuszkami palców sprawdziłem, czy długopis dalej znajduje miejsce na moim fartuszku ruszyłem w kierunku stolika. Co prawda nie jestem od chodzenia, ale znając życie Cameron nie ma ochoty ruszać z zaplecza. Stanąłem nad nim, przygotując się do zapisania zamówienia, o ile je przyjmie.

- Witaj, czy mógłbym przyjąć twoje zamówienie? - wyrecytowałem z głowy, mimo, iż używam to dopiero od kilku dni. Podniósł głowę w górę, patrząc na mnie chwilę. Te kilka sekund dało mi wystarczającą ilość czasu na dostrzerzenie rozciętej wargi. Ugryzłem swoją, gdy już na mnie nie patrzał.

- Nie. - tego zamówienia chyba nie będę musiał zapisywać na kartce.

*:・✧*:・✧

Pod koniec mojej zmiany dopiero opuścił pomieszczenie (o dziwo wciąż sam), mamrocząc coś pod nosem. Czyściłem stoły, do moich uszu doleciało chyba "dziwka". Może źle zrozumiałem? Wzruszyłem ramieniem, to nie mój interes. Dźwięk dzwoneczka oznajmił, że ostatni klient, w tym przypadku on, wyszedł z kawiarenki.

- Nie moja sprawa. - wyszeptałem pod nosem kładąc się pod kołdrą po udanym spotkaniu. - Kurcze.



Ilość słow: 871
Ten rozdział jest tak chujowy, że się w pale nie mieści. Piszę na tablecie, więc pewnie błędy są. Nie do pizdy ni do chuja te fanfiction. Brzmi jak takie typowe Harry i jakaś laska, serio przepraszam. Cóż, wakacje i po wakacjach. Ja zapalony gimbus nie ma co. Dobra, koniec. TERAZ ZAPRASZAM NA JĘZYK POLSKI I POPROSZĘ O ŁADNE KOMENTARZE BO PAŁE WSTAWIE.

piątek, 22 sierpnia 2014

Rozdział trzeci.

louis.
Wysiadłem z taksówki po oddaniu należnej kierowcy zapłaty, poprawiając szalik pod płaszczem. Mróz i śnieg zasiadł się wygodnie w Londynie, nie chcąc opuszczać najwidoczniej tego miejsca. Ostrożnie stąpając po zamrożonym chodniku ruszyłem ulicą. Dwa dni temu dopiero tu dotarłem, lecz chciałem już znaleźć dla siebie pracę. Nie wiedziałem co chcę robić, na razie praca w kawiarni nawet by wystarczała. Rozglądając się po dwóch stronach na razie nie dostrzegłem kartki z poszukiwaniem nowego pracownika. Idę dopiero minutę, czego ja oczekuję po tak krótkim czasie. Wsuwając dłonie do kieszeni mojego wierzchniego odzienia przemierzałem ten zakątek miasta. Może dzisiaj szczęście się do mnie uśmiechnie? Jak nie wrócę do mieszkania, to na pewno. Uśmiechnąłem się na tą myśl kierując swój wzrok na małego chłopczyka, który szedł ze swoimi rodzicami. Był bardzo szczęśliwy, gaworząc coś. Będąc po drugiej stronie drogi nie wiedziałem, co takiego mógł mówić. Odwróciłem swoją głowę i stanąłem, patrząc na szybę jakiejś kawiarenki. Przez wielkie okno mogłem się przyjrzeć wnętrzu. Karmelowe, przyjemne ściany okalały najróżniejsze obrazy, oprawione w czarną ramę. Z tej odległości nie mógłbym powiedzieć co dokładnie przedstawiają fotografie. Nie wziąłem okularów, w zimę nienawidzę nosić bo zamarzają. Zamrugałem powiekami rozglądając się po pomieszczeniu. Kwadratowe stoliki koloru ciemnego brązu przyozdobione uroczymi, gwiazdami betlejemskimi. Czerwień rośliny przyciągała oko, wyróżniając się z tłumu innych kolorów. Potężna lada dobrana kolorem do reszty drewnianych przedmiotów w pomieszczeniu stanowiła oddzielenie od reszty miejsca, gdzie klienci nie muszą zerkać. Westchnąłem cicho i wszedłem do środka, mijając się ze starszą panią.

- Dzień dobry, jestem Louis Tomlinson. - podchodząc do lady przywitałem się z dorosłym mężczyzną, który odpowiedział ciepłym uśmiechem. Dobre pierwsze wrażenie. - Zastałem kierownika? Chciałem się zapytać, czy jest wolne miejsce na ja...

- Witam, jestem kierownikiem, John Dallas. - z cichym śmiechem przerwał mój monolog. - Jeżeli poszukujesz pracy to bardzo dobrze się składa, bo szukam kogoś. Mój lokalik jest świeży, więc nie ma pracowników. - gestem dłoni zaprosił mnie za ladę. Rozebrałem się i niepewnie wkroczyłem za nią, odwieszając swoje rzeczy. Dopiero teraz zobaczyłem kobietę, która wycierając ręce w swój fartuszek podeszła wyciągając do mnie dłoń. Odwzajemniłem gest uśmiechając się słodko, zawsze próbować trzeba. Na moich policzkach zostawał jeszcze delikatny rumieniec, nie tylko przez mróz. Byłem nieśmiały, chociaż poznanie Nasha i zachowanie wobec przyjaciółki na to nie wskazywały. - Porozmawiasz z moją żoną i jeżeli ci się spodoba, nasz syn pokaże ci jak obsługiwać ekspres i tego typu rzeczy. - skinąłem lekko głową, idąc za kierowniczką. Aż sam się dziwię, że tak szybko się to toczy, skoro dopiero co wszedłem do środka. Za namową pani Dallas, jak sądzę, usiadłem na krześle po jednej stronie biurka.

*:・✧*:・✧

      Nie wiedziałem kiedy straciliśmy dwie godziny na rozmowie. Knajpka została szybciej zamknięta, bym dobrze zapoznał się ze wszystkimi zasadami. Dowiedziałem się, że ich wspomniany syn będzie to robił, kiedy jego rodzice opuszczą to miejsce. Dostałem szansę, tymczasowo będę dwa tygodnie "na spróbowanie", oczywiście nie za darmo, co mnie cieszyło. Moje CV zrobiło swoje. Dzwoneczek zawieszony nad drzwiami poinformował nas, że ktoś wszedł do środka. Odwróciłem się by zobaczyć kto będzie moim nowym nauczycielem i myślałem, że się roześmieję. Nash i Cameron odwiesili swoje płaszcze i odwrócili się w naszym kierunku.

- O, Louis! - zadowolony niebieskooki szybko znalazł się przy moim boku. Cameron z machnięciem dłonią powiedział, najwidoczniej swoim rodzicom co wywnioskowałem po użyciu "tato", że już mnie poznali. Tamci skinęli głową i wyszli, życząc nam miłego dnia. Spojrzałem wyczekująco na obojga chłopaków. Bez słowa poszliśmy za ladę, bym zaczął się uczyć.

harry.
Z ciężkim westchnięciem wpakowałem się na miejsce kierowcy swojego samochodu. Zapiąłem pasy i wsadziłem kluczyk do stacyjki. Nie do końca miałem ochotę się zgodzić, ale wymyślenie wymówki było bardziej skomplikowane niż odebranie nowego współlokatora Julie. Poza tym ładny ma tyłek. Pokręciłem głową i wsadziłem kluczyk do stacyjki, od razu go przekręcając. Może ten tyłek zrekompensuje utracone paliwo.

Cierpliwie i ładnie stoję czekając aż ktoś otworzy mi te jebane drzwi. Wzdycham z irytacją, ponownie szarpiąc za klamkę wejścia do jakiegoś lokaliku. Mają minutę, inaczej szyba wyparuje z ram okiennych i nieśpiesznie będzie mi przykro z tego powodu. Ponownie zastukałem w szybę, gdy wreszcie usłyszałem przekręcany klucz w zamku. Głowa jakiegoś chłopaka wychyliła się, uśmiechnąłem się do niego sztucznie nie kryjąc tego. Po chwili uświadomiłem sobie, kto przede mną stoi i zanim zdołał zatrzasnąć mi przed nosem wejście, szarpnąłem wchodząc nonszalancko do środka. Ostrożnie je zamknąłem za sobą i z uśmiechem zwróciłem się w kierunku chłopaka, który stał patrząc na mnie trochę przestraszony. Wywróciłem oczami przeczesując palcami włosy. Zanim mogłem coś powiedzieć za Grier'em pojawił się ten od Julie i mój kochany Dallas. Taki opalony a trochę zbladł widząc moją cudną osobę. By nie robić żadnych scenek, poczekałem aż Louis się ubierze. Kiedy był gotowy odprowadziłem go do wyjścia, rzucając spojrzenie na dwójkę.

*:・✧*:・✧

       - N-nie. - zaprotestowałem desperacko, dopiero teraz duże dłonie na moich biodrach mi przeszkadzały. Dopiero teraz jego gorący oddech na mojej twarzy zwrócił na mnie uwagę. Jego wargi znajdowały się za blisko moich, jak i reszta ciała. Lekko kładąc ręce na jego umięśnionej klatce piersiowej odepchnąłem go, ale nie na tyle, by się zachwiał czy coś. Nie podnosząc wzroku do góry, potykając się szybko powędrowałem do swojego pokoju. Przestraszyłem się.




Ilość słów: 856
Yay! Wreszcie dokończyłam marny, jak reszta mojej pracy, rozdział, który jest zajebiście krótki.. Co sądzicie o końcówce? Moim zdaniem nie trudno jest się domyślić kto uciekł hahaha.
Tak baardzo chciałabym aby pierwszy raz było tutaj 20 komentarzy.  

czwartek, 14 sierpnia 2014

Rozdział drugi.

Trochę zmęczony podróżowaniem pociągami, autobusami i tramwajami siedziałem na jednym z przystanków metra, czekając aż Julie po mnie przyjedzie. Z słuchawek wylatywała piosenka mojego ulubionego zespołu, kojąc moje zmysły. Przymknąłem lekko powieki opierając głowę na swoim ramieniu i wsłuchiwałem się w słowa utworu, które znam na pamięć. Mruczałem cichutko tekst pod nosem, otworzyłem oczy rozglądając się dookoła. Niebo Londynu zapadło w sen, z nieba sypały się płatki śniegu a powietrze było zimne. Poprawiłem beanie na głowie, wzdychając cicho, tym samym wypuszczając z ust niewielki kłębek dymu. Odwróciłem głowę w kierunku schodów na most, świecąca lampa rzucała pomarańczowe promienie na chodnik. Przechodnie pojawiali się i znikali, tam gdzie jasna barwa nie sięgała swymi ramionami. Poderwałem trochę głowę do góry patrząc się na sufit przystanku, nic na brudnym daszku mnie nie zainteresowało, więc moje powieki ponownie zapadły w dół. Heart miała być przed czasem, co jest zabawne bo sam się spóźniłem a jej nadal nie ma. Gdyby się tutaj znajdowała to bym ją od razu zauważył, w tak zimną noc niewiele ludzi kręciło się czekając na swój odjazd. Trochę już rozdrażniony siedzeniem na niezbyt ciepłym i przyjemnym krzesełku wstałem z miejsca. Złapałem pasek od torby w dłoń a drugiej wysunąłem rączkę i ruszyłem do wyjścia z postoju. W minutę znalazłem się w centrum miasta, rozejrzałem się wokoło i jakby gwiazdka spadła mi z nieba, po drugiej stronie ulicy znajdował się miły oraz przytulny dla oka starbucks. Miałem ochotę na coś gorącego, więc ruszyłem w kierunku niewielkiego tłumu ludzi. Przystanąłem wraz z obcymi mi osobami, czekając aż pojawi się cholerne zielone światełko. Ręce już mnie bolały od trzymania w górze ciężkiego towaru, przeniosłem ciężkość ciała na prawą nogę i westchnąłem. Przeszedł mnie zimny dreszcz, który był tak samo lodowaty jak śnieg, który za pomocą jakiegoś idioty wdarł się za mój szalik i po mojej gorącej skórze właśnie leci w dół. Pisnąłem głośno i gwałtownie obróciłem się w kierunku palanta, który jakby nigdy nic uśmiechał się do mnie szeroko i kierował w moją stronę telefon. Osoba, która sprawiła, że moja koszulka jest teraz mokra uciekała w innym kierunku. Uniosłem wysoko brew do góry, chłopak podszedł do mnie i uniósł telefon w górę, na ekranie zobaczyłem nas obydwu. Wybuchłem śmiechem zwracając na siebie uwagę obcych ludzi. Patrzałem jak kończy nagrywać filmik i wrzuca go do internetu. Nie zwracałem mu uwagi, pewnie i tak by go nie usunął. Wziął z mojej ręki torbę, mimo ulgi chciałem ją odzyskać, ale odsunął ją od mojej dłoni. - Cześć, jestem Nash. - podał mi wolną dłoń, uścisnąłem ją i wywróciłem oczami.

- Louis. Zamierzasz mi jej teraz nie oddawać? - wskazałem na rzecz trzymaną przez niego. Wzruszył ramieniem i ruszyliśmy przez pasy, kiedy pojawiło się wymarzone dla każdego przechodnia światło. Dzięki temu chłopakowi zapomniałem, że w ogóle na nie czekałem. Jakby znał moje zamiary ruszył ku znanemu logo. Śnieg skrzypiał pod naszymi stopniami i ludzi, którzy obrali ten sam kierunek co my. Przetarłem palcami policzek, który pewnie od mrozu przybrał różowy kolor. Weszliśmy do środka, ciesząc się ciepłem jakie nas przywitało. Nawet o tej godzinie knajpka była trochę zatłoczona, na szczęście znajdowało się kilka wolnych miejsc, jeśli ludzie stojący przed nami w kolejce ich nie zajmą. Ściągnąłem rękawiczki i odwinąłem szalik, zostawiając go przewieszonego przez szyję. Zerknąłem na Nasha, który już zdążył nawet zdjąć płaszcz i stukał coś w ekran swojego iphonea. Czekając trochę więcej niż by się chciało wreszcie zetknąłem się z ladą i przywitałem z młodym mężczyzną.

- Dobry wieczór, poproszę hazelnut hot chocolate*. - uśmiechnąłem się do niego uprzejmie. Mój nowy kolega również złożył zamówienie na to co ja i po zapłaceniu odpowiedniej ceny odeszliśmy w bok. Po krótkiej rozmowie ja zasiadłem przy jednym z wolnych na szczęście stolików a on czekał na nasze zamówienia. Lekko się rozejrzałem, dawno tu nie byłem bo w Doncaster nie znajdę tego. Odwiesiłem płaszcz na krzesło, o które się oparłem i wyciągnąłem swoją komórkę. Żadnego nie odebranego połączenia czy oczekującej wiadomości. Trudno, skoro mnie olała to teraz będzie szukać. Wyciszyłem aparat bo nie mam w planach słuchać dźwięku dzwoniącego telefonu. Podziękowałem cicho Nashowi, gdy kubek z upragnioną czekoladą wylądował pod moim nosem. Teraz, gdy zasiadł naprzeciw mnie, przyjrzałem mu się. Pierwsze co we mnie uderzyło to wielkie, błękitne oczy. Bez wahania mogłem je porównać do letniego, bezchmurnego nieba. Były jaśniejsze i bardziej wyraźniejsze od moich. Kiedy uniósł na mnie wzrok szybko spuściłem głowę zainteresowany śmietanką zdobiącą mój napój.

*:・✧*:・✧

Rozmowa się rozkręciła i nawet wymieniliśmy się numerami, nie wiedziałem, że minęło nam aż półtorej godziny, póki pracownik kawiarni nie ogłosił zamknięcia za pięć minut. Spojrzałem na zegarek i aż zdziwiłem się na widniejącą tam godzinę 23:24. Nie śpiesząc się i przerywając tymczasowo rozmowę wstaliśmy ze swoich miejsc, lekko rozciągnąłem kończyny bo siedzenie dało o sobie znać. Nałożyłem na siebie ubranie, mentalnie i fizycznie przygotowując się na zimno, jakie drwi ze mnie czekając za szklanymi drzwiami starbucksa. Wsunąłem na głowę beanie, pewnie jeszcze bardziej robiąc z mojej fryzury bałagan. Szczelnie odizolowałem swoją szyję szalikiem, nakładając na dłonie ochronne i przydatne rękawiczki. Telefon schowałem do kieszeni, wziąłem ze sobą obie torby i żegnając pracowników opuściliśmy pomieszczenie. Jak myślałem, zimno od razu dorwało się do mojego rozgrzanego ciała, wprawiając mnie w drgawki. Równocześnie nienawidzę jak i kocham zimę. Koniec grudnia pokazuje kto tu rządzi.

Już naprawdę byłem zdenerwowany, kiedy wybiła godzina 00 a ja siedziałem z chłopakiem na dworze, a moja przyjaciółka nie dawała o sobie znać. Po co obiecuje mnie odebrać, kiedy ja już czekam dwie i pół godziny na jej przyjazd. Droga samochodem, jak sama mówiła, zajmuje 10 minut stąd. Zażenowany tą sytuacją poprosiłem chłopaka o podwózkę, jednak chwilę poczekaliśmy, bo zadzwonił do swojego przyjaciela. Niewiele, jak na te prawie trzy godziny, czasu później czarny samochód zaparkował dwa metry od nas. Drugi chłopak wysiadł z auta, przedstawiając się jako Cameron wpakował mój bagaż do środka. Razem z Nashem wpakowaliśmy się do ogrzanego wozu, przywitałem się i podałem adres Julie. Ja byłem nieśmiały w tej sytuacji, ale chłopaki kompletnie nic sobie z tego nie robili i prowadzili ze mną luźną rozmowę. Jakby codziennie była taka sytuacja, gdzie poznawali nowych ludzi. Polubiłem ich.

*:・✧*:・✧

Kompletnie wkurzony całą tą bajeczką waliłem pięściami w drzwi. Świetnie, ja kurwa jestem 3 godziny w innym miejscu niż powinienem a światła w salonie mojej psiapsiółeczki są zapalone. Śmiechy dobiegające z głębi w domu ucichły, gdy zrobiłem niezły hałas. Dwoje nowo poznanych ludzi stali za mną i śmiali się. Wywróciłem oczami wypuszczając powoli powietrze, by uspokoić swoje myśli. Odgarnąłem kilka kosmyków z czoła, które wyleciały z mojej czapki a ja nie miałem ochoty ponownie ich tam umieścić. Drzwi otworzył mi jakiś nieznajomy blondyn, spojrzałem na niego zdenerwowanym wzrokiem. Jego wyrażały zrozumienie i zakłopotanie, jakby wiedział kim jestem i o co chodzi.

- Julie?! Powiedz mi która jest godzina? - wydarł się stojąc w tym samym miejscu. Zmarszczyłem brwi robiąc się trochę zmieszany, że mnie nawet do środka nie wpuścił. W jego głosie usłyszałem wyraźny, irlandzki akcent ale angielski też miał w tym swoją rolę.

- 23 minuty po północy, a czego chcesz?! - do moich lekko zmarzniętych uszu doleciał delikatny głos mojej przyjaciółki, którą miałem ochotę powiesić na haku.

- Nie zapomniałaś odebrać kogoś ze stacji? Jest to chłopak, troszkę niski, ma niebieskie oczy i...

- O KURWA, LOUIS! O boże, jak ja mogłam zapomnieć, przecież on teraz jest na dworze od 3 godzin, mogło mu się coś sta... - wydzierała się przestraszona biegnąc do korytarza i o mało się nie wywalając.

- ...i właśnie stoi w twoim progu. - dokończył chłopak z chytrym uśmieszkiem, idąc sobie niewzruszony do salonu. Patrzałem się z politowaniem na dziewczynę, która w ułamku sekundy z bałaganu zmieniła się w smutną osobę. Podeszła do mnie i spojrzała zdziwiona w kierunku chłopaków.

- Co tu się szczerzycie? No już, wypierd... - przerwałem jej odpychając ją ręką od siebie.

- Zamknij się, gdyby nie oni marznąłbym na przystanku metra albo coś by mi się stało. - wszedłem do środka, zamknęła drzwi i spojrzała na mnie ze skruchą. Prychnąłem pod nosem rozbierając się, jeszcze tego brakowało by jeden z jej kolegów przyszedł mnie zdenerwować. Trochę mi światła zbrakło, gdy stanął obok mnie. Mruknąłem coś niemiłego w kierunku wszystkich, wziąłem torby w ręce i ruszyłem w kierunku pokoju. Na szczęście było jednopiętrowe, więc nie musiałem się wspinać po schodach.





*zostawiłam oryginalną nazwę znalezionej w google gorącej czekolady.
Ilość słów: 1369
Uwaga: Zmiana bohaterów - zamiast Lukea i Michaela jest Nash i Cameron.
Omg, jaki on długi hahahahah, ale taki obiecałam, czyż nie? Jeju, naprawdę nie spodziewałam się tylu komentarzy pod marną 1! Powitajmy kilkoro nowych czytelników. Zachęcam do dodawania się do obserwujących, opcję znajdziecie po prawej. Jestem w oczekiwaniu na zwiastun, ale będziemy musieli poczekać. Hm, co tu jeszcze dodać? Liczę na wasze piękne, troszkę dłuższe, komentarze kochani! x Nie wiem kiedy kolejny, ale już go planuję.

wtorek, 12 sierpnia 2014

Rozdział pierwszy.

louis.
Pakując kilka ostatnich rzeczy do drugiej dużej torby mruczałem pod nosem usłyszaną w radio piosenkę. Nawet nie zapamiętałem imienia wykonawcy, lecz tytuł może brzmieć "happy", słowo powtarzane jest wiele razy w utworze. Wprawiłem biodra w lekki ruch idąc przez pokój do jasnej komody, wciągnąłem trzy nowo zakupione ręczniki, które upchałem po lewej stronie torby. Zasunąłem zamek do samego końca i odstawiłem ją obok drugiej przy drzwiach. Uśmiechnąłem się na ten widok i rozejrzałem po trochę opustoszałym pomieszczeniu. Ze ścian zniknęły dawno zawieszone zdjęcia, półki zostały sprzątnięte z pamiątek i innych rzeczy, które straciły swoją ważność. Otworzona szafa ukazywała swoje puste wnętrze, zostawiłem kilka ubrań, które pójdą na pomoc innym ludziom. Cieszę się, że opuszczam tą wieś by wyruszyć do Londynu. Będzie mi tęskno za rodziną i przyjaciółmi ale nie każdy chce siedzieć w tym samym miejscu mając 21 lat, w stolicy Anglii będę miał większe możliwości. Moje myśli przerwał mi donośny, lecz krótki dźwięk dobiegający z mojej komórki. Wysunąłem urządzenie z bocznej kieszeni dresów zasiadając na łóżku, wbiłem pin i odblokowałem ekran.

Julie x
zapakowany na najciekawsze wydarzenie życia, kutasie?!

Wybuchłem śmiechem po przeczytaniu wiadomości, moja rodzina pewnie patrzy się teraz dziwnie na schody. Szeroki uśmiech wpełzł na moje usta, kiedy wstukałem wiadomość.

Ja:
zwarty i gotowy czekam na baczność x

Może mając start i pomoc najlepszej przyjaciółki będzie dobrze?



Ilość słów: 221
Witam! Na wstępie dziękuję moim kochanym czytelnikom za wsparcie w zmienianiu planów! Tak, wiem, rozdział jest cholernie króciutki ale to jest tak jakby taki prolog. Mam już pomysły na następne, więc mimo chęci czytania lektury spróbuję jak najszybciej uwijać się z rozdziałami. Bardzo polecam wejść w bohaterów bo wiek został zmieniony. Kocham was i liczę na małe komentarze x